Minął mnie, zatrzymał się przy ławce kawałek dalej i obserwował.

Któregoś popołudnia poszłam na spacer do parku i zgubiłam tam telefon. Wróciłam następnego dnia o 7 rano, kiedy jeszcze było szaro, żeby przeczesywać krzaki. Przejeżdżający akurat obok rowerzysta, zainteresował się co też można robić w krzakach skoro świt.

Minął mnie, zatrzymał się przy ławce kawałek dalej i obserwował. Kiedy się poddałam i uznałam, że telefonu nie znajdę, skierowałam się wstronę domu, mijając ławkę i gapia obok niej. Odjechał gwiżdżąc i cmokając na mnie (nikogo innego nie było w zasięgu wzroku) jak do psa. Niewiele myśląc pokazałam mu środkowy palec. Zawrócił, dogonił mnie i zaczął jeździć wokół mnie. Powtarzał jakieś zdanie po holendersku, z którego zrozumiałam tylko “mijn lul” (czyli: “mój ch*j”), a w razie gdyby było to nie dość dobitne, chwytał się za wspomnianą część ciała.

Zgodnie z hasłem “przemoc rodzi przemoc” próbowałam podejść do roweru, żeby zrzucić z niego delikwenta. Jednak rowerzysta jest szybszy od pieszego i nie miał problemu, żeby pozostać poza moim zasięgiem. Ostatecznie odjechał w swoją stronę bardzo zadowolony.