Słowo przeciw słowu?

Słowo przeciw Słowu?

Autorka komentarza: Agnieszka Biela.
data publikacji: 03.03.2017

 

Henryk Hoser, jeden z najważniejszych hierarchów Kościoła Rzymsko-Katolickiego (KRK) w Polsce wypowiedział się dzisiaj na temat zjawiska pedofilii. Zdaniem arcybiskupa, w przypadkach podejrzenia wykorzystywania seksualnego przez duchownych KRK pierwszą fazą procedury reagowania powinno być “zweryfikowanie tych doniesień”, co wydaje mu się trudne, ponieważ

 

“w przypadku pedofilii właściwie nie mamy dowodów materialnych: jak ktoś kogoś zabije, to jest dowód naturalny, w postaci osoby, która jest ofiarą zabójstwa. Natomiast w tym wypadku wszystko się opiera na zeznaniach osób zainteresowanych, świadków i ich wiarygodności oczywiście”

 

Lekceważący sposób, w jaki Henryk Hoser wypowiada się na temat osób doświadczonych pedofilią, wpisuje się w znaną nam metodologię tworzenia społecznej ochrony dla sprawców przemocy seksualnej. Na czym opiera się ta metodologia? Na pomniejszaniu wartości osoby doświadczonej przemocą, podważaniu wiarygodności jej słów i tworzeniu fałszywych porównań wpływających na jej negatywną ocenę. Skutek? Budowanie w społeczeństwie przekonania, że w przeciwieństwie do innych poważnych przestępstw, sprawy o przemoc seksualną są poszlakowe, oparte na równoważnej konfrontacji “słowo przeciw słowu”, a zeznania osób pokrzywdzonych są tylko słowami, a nie dowodem. Obalmy więc mity na których budowana jest ta metodologia.

 

Trzy mity
Po pierwsze, zeznania osoby pokrzywdzonej w każdym przestępstwie nie są “tylko słowami”. Są dowodem w sprawie. Są analizowane tak samo jak każdy inny dowód, również pod kątem wiarygodności. Tyle, że tej wiarygodności nie ocenia się na zasadzie “bardziej wierzę temu niż temu”. Sąd w procesie sądowym ocenia wiarygodność zeznań porównując je z innymi dowodami (w tym zeznaniami innych osób) i może się przy tym opierać na opinii biegłych psycholożek_ów, które_rzy analizują zeznania pod kątem tzw. psychologicznych kryteriów wiarygodności (wskazówek w treści i sposobie zeznawania, które mogą sugerować, że dana osoba mówi prawdę lub nie). Sprawy o przemoc seksualną nie są też jedynymi sprawami, opartymi głównie na zeznaniach lub poszlakach. Wbrew ogólnemu przekonaniu, bardzo rzadko mamy do czynienia ze sprawami, w których istnieją dowody nieposzlakowe. Używając przykładu Henryka Hosera – w przypadku zabójstwa takim dowodem wcale nie byłyby same zwłoki zamordowanej osoby. Jedynym bezpośrednim dowodem byłoby nagranie zabójstwa z widoczną twarzą sprawcy. Cała reszta to dowody poszlakowe (wszak odciski na nożu mogły być zostawione kiedy indziej, świadek mógł pomylić twarze, ktoś inny mógł zabić itd. itd.)

 

Po drugie, w sytuacji przemocy seksualnej rzadko mamy do czynienia z równoważną konfrontacją. Tego rodzaju przemoc odbywa się zazwyczaj w kontekście relacji władzy – gwałci pracodawca pracowniczkę, trener podopieczną, ksiądz ministranta, ojciec córkę, mąż żonę będącą na jego utrzymaniu, chłopak nietrzeźwą dziewczynę itd. W sytuacji zgłoszenia przemocy seksualnej osobą zgłaszającą jest ta, która jest tą słabszą stroną w relacji. Do tego często ma przeciwko sobie utrwalone społeczne stereotypy i przekonania na temat przemocy seksualnej i systemową wiktymizację ofiar lub wręcz – jak w przypadku księży pedofilów – instytucjonalne wsparcie dla sprawcy, co stawia ją na jeszcze słabszej pozycji. Nie może być więc mowy o równoważnej konfrontacji. To głos słabszej ofiary przeciwko krzywdzącemu silniejszemu.

 

Po trzecie, jak najbardziej namacalnym dowodem w sprawie są skutki zdrowotne, jakie ponosi osoba pokrzywdzona przemocą seksualną. Nie chodzi tylko o te obrażenia, które stereotypowo przychodzą do głowy jako pierwsze, to jest wymagające opieki ginekologicznej. Chodzi również o te skutki przemocy, które osoby pokrzywdzone leczą latami psychoterapią – zespół stresu ostrego, depresja, zespół stresu pourazowego, z ich szerokim spektrum różnorodnych objawów, utrudniających lub zagrażających życiu (depresja może być chorobą śmiertelną), trudności we wchodzeniu w relacje intymne itp. Można je zdiagnozować, podobnie jak diagnozuje się rozdarcie pochwy. I są tak samo konkretnym dowodem jak zwłoki ofiary zabójstwa.

 

Parasol ochronny
Czemu ma więc służyć budowanie wrażenia, że w sprawach o przemoc seksualną występuje równowaga sił między sprawcą a ofiarą, że jedynymi dowodami jest proste “słowo przeciw słowu”, a osoba doświadczona przemocą jest “osobą zainteresowaną” w sprawie? Otóż służy temu, by rozmywać odpowiedzialność i tworzyć w ten sposób sprawcom parasol ochronny. Sprawca, sprowadzony z pozycji władzy do pozycji równoważnej z ofiarą, zostaje zwolniony z odpowiedzialności. Odpowiedzialności za kształtowanie sytuacji, na którą miał nieporównywalnie większy wpływ niż ofiara i za swoje działania. Przestajemy o nim myśleć jak o osobie, która miała władzę i mogła jej nadużyć. Przestajemy rozliczać go z tego jak swojej władzy wobec osoby pokrzywdzonej używał. Nie zastanawiamy się też czy uzyskał niewymuszoną zgodę na kontakt seksualny. Myślimy o nim jak o kimś o takich samych możliwościach i zasobach jakie miała osoba pokrzywdzona (i takich samych prawach do jej ciała). Stąd już tylko krok do budowania wobec niego współczucia i tworzenia usprawiedliwień dla jego postępowania.

 

Ta metodologia ochrony sprawców jest dość powszechna, wiedza o niej może pomóc ją dostrzegać i szybciej na nią reagować. Ogromną szkodą i skandalem jest jednak to, że jest wykorzystywana przez osobę mającą instytucjonalną władzę, w dyskusji o procedurze reagowania na zgłaszanie przypadków przemocy w danej instytucji. Z pewnością nie buduje to zaufania ani do takiej procedury, ani instytucji.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *